Pani Book

  • Home
  • About
  • Theme
  • Design
  • Tutorial
  • Freebies
  • Photography
  • Download Theme

Ads

Komedia małżeńska, czyli Adama i Ewy kłopoty w raju
Co się wydarzy, kiedy Sinobrody spotka na swojej drodze Kopciuszka? Morderstwo?  Nie, małżeństwo. We współczesnej baśni, czyli „Ekożonie”, a także w jej kontynuacji i jednocześnie uzupełnieniu, czyli „Ekomężu”, Michal Viewegh odpowiada na pytanie, którym w dzieciństwie doprowadzałam swoich rodziców do szewskiej pasji: i co było dalej? Bo mnie nigdy nie wystarczało „i żyli długo i szczęśliwie”. A Viewegh zaspokoił moją ciekawość. Do syta.

Piękny, sławny i bogaty książę Mojmir poślubia nieśmiałego Kopciuszka – córkę woźnicy, Hedvikę. A właściwie znany (także ze swojego rozbuchanego życia towarzyskiego) pisarz, kierowany wewnętrznym głosem (krzyczącym: przeleć ją!), bierze sobie za żonę zahukaną i bujającą w obłokach bibliotekarkę, bo – jak wiadomo – „naiwne pragnienie raju czyni z kobiety łatwą zdobycz”. Albo inaczej: nieśmiała i romantyczna bibliotekarka wychodzi za mąż za uznanego pisarza, z tym że „być może myślała, że chodzi jej o Mojmira, lecz jej jajniki tak naprawdę interesowały wyłącznie jego DNA”, bo marzył jej się domek z ogródkiem i trójka dzieci, a Mojmir „sądził, że troje dzieci to za dużo, ale poza tym był tą wizją oczarowany”. No, a potem żyli długo i szczęśliwie. A co było dalej? Otóż to...

Właśnie od tego tak naprawdę zaczyna się „Ekożona”. Pierwsze chwile małżeńskiego raju są tak krótkie jak liczba stron, na których zostały opisane. Bo z czasem zaczynają pojawiać się schody, i to o coraz wyższych stopniach trudności. Finezyjna poezja miodowego (i to niejednego) miesiąca zamienia się coraz bardziej w ciężkostrawną prozę życia. Zwłaszcza kiedy Mojmir – wierzący, że poślubił kobietę, która „jest wierna, sika na siedząco i nie uważa ciepłego obiadu z dwóch dań za drobnomieszczański przeżytek” – odkrywa, że Hedvika coraz szybciej (i skuteczniej) oddala się od niego, oddając nowej namiętności – ekożyciu. Problem w tym, że jej pasja doprowadza go do szewskiej pasji. Trochę irytujące, prawda? Z kolei Hedvika – która wykonała plan: usidlić, rozmnożyć się i wyzerować konto – postanowiła odstawić męża na boczny tor. Zresztą, jakiego męża? Raczej „homo erectus” (i to w podwójnym tego drugiego słowa znaczeniu) w marynarce od Armaniego, gdzie „na zewnątrz bicepsy i tricepsy, a pod spodem deprexolet i diazepan”. Także irytujące, czyż nie? Bo u Viewegha wszyscy są irytujący do granic możliwości. I o to właśnie chodzi. Ostrze satyry u autora „Ekożony” to miecz obosieczny – po równo tnie tak jedną, jak i drugą stronę, co ciekawe – przy udziale narratora, którym jest mieszkająca z Mojmirem i Hedviką (i to od siedmiu lat!) doula. Oczywiście, również irytująca.

„Ekożonę” czyta się jak współczesną – także pod względem językowym – baśń, w której Sinobrody zabija w swojej żonie indywidualność i niezależność, a Kopciuszek (a tak naprawdę Śpiąca Królewna) po przebudzeniu okazuje się sprytną i wyrachowaną femme fatale, która nie da sobie w kaszę dmuchać. To znaczy – jak na ekożonę przystało – w biokaszę. Współczujemy raz jemu, raz jej, a jednocześnie tak jedno, jak i drugie doprowadza nas do białej gorączki. Viewegh swobodnie, ale przede wszystkim przewrotnie, żongluje stereotypami na temat obojga płci, a czeski humor – dzięki doskonałemu tłumaczeniu – skrzy się raz po raz i wybrzmiewa, jak należy. Bo autor uderza zarówno w mizoginistycznych troglodytów, jak i w feminazistki, a także w kuriozalne trendy w stylu życia, a na końcu także w samego siebie. A że głowę ma Viewegh nie od parady, język zaś cięty i giętki, otrzymujemy smakowitą przypowiastkę, doprawioną pieprznym humorem, gdzie co jakiś czas zazgrzyta nam między zębami gorzkie ziarno prawdy. A właściwie cały ich worek. Ale myli się ten, kto sądzi, że „Ekożona” to kolejna lekka, łatwa i przyjemna wariacja na temat „wojny damsko-męskiej”. Pod humorystyczną opowieścią kryje się wnikliwa i głęboka refleksja na temat relacji w związku, gdzie z jednej strony musimy się wyrzec siebie dla drugiej osoby, a z drugiej żądamy, żeby to ona właśnie wyrzekła się siebie dla nas; chcemy dominować i być zdominowanym. I jak to wszystko pogodzić? „Jedzie pani w złą stronę. Życie jest w tamtym kierunku” – krzyczy Mojmir do Hedviki podczas ich pierwszego spotkania. Problem w tym, że z czasem dla każdego z nich kierunek życia zaczyna oznaczać coś zupełnie innego i niekoniecznie biegnie w tę samą stronę. I dlatego czasami te pociągi życiowe się rozjeżdżają.

Kontynuacją i niejako uzupełnieniem „Ekożony” jest „Ekomąż”, który przedstawia losy naszego Sinobrodego, Kopciuszka i nieodłącznej douli-narratorki, po tym jak „falliczne prosię” i „poligamiczne bydlę”, czyli Mojmir, doznaje pęknięcia aorty. I to zaraz po pięćdziesiątych urodzinach. Oczywiście na oczach licznej publiczności, bo na inną scenerię nie pozwoliłoby jego wybujałe ego. Umiera, ale tylko na chwilę. Ale to wystarczy, żeby doznał olśnienia, a właściwie zweryfikował swój zaciekły racjonalizm w obliczu spraw ostatecznych. „Żyje, ale życie, które znał, najwyraźniej się skończyło”. Na dodatek złości się, bo „wie, że właśnie wrócił z miejsc, z których według światopoglądu nie ma powrotu” i zastanawia się, dlaczego „Bóg, ta sadystyczna świnia, bez jakiegokolwiek wcześniejszego ostrzeżenia karze go od razu tak surowo”. Tym bardziej, że w żadnego Boga przecież nie wierzy. Ze zdumieniem, ale i rozbawieniem obserwujemy przemianę Mojmira z sarkastycznego agnostyka w pokornego gnostyka. „Szowinistyczna świnia, którą dopiero choroba potrafiła zmienić na powrót w człowieka” przechodzi swoistą reinkarnację. I to za życia. Zmienia się także środek ciężkości opisywanych zagadnień. I tak jak w „Ekożonie” nacisk położony jest na relacje damsko-męskie, tak w „Ekomężu” autor przejmuje – mimo narratora w trzeciej osobie, którym nadal jest doula – perspektywę Mojmira. To, co chyba najbardziej uderza, to zmiana postrzegania płci przeciwnej przez naczelnego „uwodziciela literatury czeskiej”, który nieoczekiwanie dla siebie samego odkrywa, że kobieta nie składa się wyłącznie z pośladków i biustu, a bardziej pociąga go to, czego do tej pory nie dostrzegał, bo nie mierzył aż tak wysoko, czyli kobieca… głowa. Oczywiście rzutuje to także na jego związek z Hedviką, ale obecna relacja jest zdecydowanie inna niż ta, która śledziliśmy w „Ekożonie”, zwłaszcza że nasz zatwardziały racjonalista i butny mizogin zamienia się w… ekomęża. Ton kontynuacji „Ekożony” – mimo wciąż obecnego Vieweghowskiego humoru – trochę się jednak zmienia. Poważniejemy razem z Mojmirem. I chociaż nadal uśmiechamy się do jego sarkastycznych uwag i celnych ripost, to zdajemy sobie sprawę z tego, że dotykają one spraw najważniejszych, o jakich myślenie zwykle odkładamy na później. „Wojna damsko-męska” schodzi na dalszy plan w obliczu „wyrafinowanego sadystycznego dowcipu samego Stwórcy”, którym chyba można nazwać całe nasze życie.

 „Ekożonę” i „Ekomęża” doradzam czytać w parze. Dlatego, że zarówno pierwsza, jak i druga książka czytana w pojedynkę nie da pełnego obrazu tego, co chce nam Viewegh tak naprawdę powiedzieć. A mówi sporo, jeśli tylko umiemy czytać między (dowcipnymi i przewrotnymi) wierszami. I bardzo się cieszę, że moja znajomość z panem Vieweghiem przed lekturą „Ekomałżonków” opierała się na wiedzy, że to autor „Wychowania panien w Czechach” i zasłyszanej od Mariusza Szczygła historii o pewnym pisarzu celebrycie. Dlaczego? Ano dlatego, że ci, którzy znają dobrze Viewegha (i to głównie z pism plotkarskich), będą się doszukiwać w tych książkach przede wszystkim tego, na ile autor przeniósł do powieści wątki autobiograficzne. A że ja żadnej czeskiej prasy plotkarskiej nigdy nie przeglądałam, nic nie rozpraszało mojej uwagi ani tym bardziej nie zaburzało czytania, pewnie dlatego postrzegam obie powieści jako lektury niezwykle uniwersalne, a jednocześnie bardzo na czasie. „Małżeństwo to opium ludzkości” – mówi Mojmir. Jak widać, także dla pisarzy.

Zarówno „Ekożona”, jak i „Ekomąż” to lektura, której na pewno nie polecam fanatycznym wielbicielom poradników pod hasłem „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus, a kartofle z piwnicy”, czyli zbioru porad, jak zaciągnąć kobietę do łóżka, a mężczyznę przed ołtarz. Szczerze za to rekomenduję Viewegha jako doskonałą odtrutkę na zatrucie kompendiami powyższej „wiedzy”. Po Vieweghu nic was nie będzie bolało. Oprócz głowy – od myślenia – i brzucha – od śmiechu. A jeśli zatruje was myśleniem i dobrym humorem, to… tylko mu pogratulować!

TYTUŁ:„EKOŻONA”, „EKOMĄŻ”
AUTOR: MICHAL VIEWEGH
PRZEKŁAD: MIROSŁAW ŚMIGIELSKI
WYDAWNICTWO: STARA SZKOŁA
ROK WYDANIA:  2017


Recenzja dla
 Szuflada.net




Komedia małżeńska, czyli Adama i Ewy kłopoty w raju Co się wydarzy, kiedy Sinobrody spotka na swojej drodze Kopciuszka? Morderstwo?  Nie, ma...

03:41

MICHAL VIEWEGH, EKOŻONA, EKOMĄŻ
0
Ewangelia według Pavla
Lubię sport. Pod warunkiem, że go nie uprawiam i nie oglądam. I nawet Ota Pavel mnie do niego nie przekona. Tyle że w „Pucharze od Pana Boga” nie o sport chodzi. Ten zbiór mikroopowiadań jest niczym mozaika przypowieści albo bajek na dobranoc o rzeczach ważnych, jeszcze ważniejszych i najważniejszych. A od tego, jak je odczytamy, będzie zależało to, czy zaśniemy spokojnie, czy nie zmrużymy oka przez całą noc.

„Niektórzy ludzie uważają, że piłka nożna jest sprawą życia lub śmierci. Jestem bardzo rozczarowany takim podejściem. Mogę zapewnić, że jest o wiele, wiele ważniejsza” – twierdzi szkocki piłkarz i trener piłkarski Bill Shankly. I takie właśnie wrażenie możemy odnieść, czytając opowiadania (albo – jak kto woli – reportaże sportowe, choć temu zbiorowi zdecydowanie bliżej do literatury pięknej niż faktu) wchodzące w skład „Pucharu od Pana Boga”. Zdziwieni? Zupełnie niepotrzebnie. Przecież o tym, że życie ma coś ze sportu, a sport z życia świadczą liczne wyrażenia i zwroty, które stosujemy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy; w końcu oddajemy coś walkowerem albo gramy (lub nie) do jednej bramki, prawda? Te i inne zbieżności wykorzystał autor „Pucharu od Pana Boga” do stworzenia literackich miniatur o sporcie i sportowcach, gdzie w miarę czytania zaciera się granica między rywalizacją sportową a życiowymi zmaganiami. Bo Pavlowi idealnie udało się uchwycić paralelę między sportem a życiem, a jednocześnie zrobił to tak, jak tylko on potrafi: subtelnie, na poły baśniowo i z ciepłym humorem.
Ota Pavel był jednym z najlepszych czechosłowackich korespondentów sportowych, więc na sporcie się zna. Ja się nie znam, dlatego wierzę mu na słowo, kiedy pisze o łapaczkach czy ribano. Z czasem jednak to, że powyższe terminy nic mi nie mówią, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Pavel zdaje się przekonywać: nie znasz się na sporcie? Nie szkodzi.I tak posłuchaj. A ja słucham (tak, tak, słucham!), kiedy niczym wędrowny bajarz, na widok którego przystajemy i nadstawiamy ucha, zaczyna snuć opowieść za opowieścią. Jak tę o Józefie, górniku, który „śnił o poezji gwiazd, choć często przysłaniała mu je ziemia na głową”, a kiedy odnalazł w sobie pasję hokeisty, wszystkie „kontuzje przyjmował jako oczywistość i podatek od piękna gry”. Albo tę o Bogusiu Wani, który z chłopięcej miłości do pięknej tenisistki postanowił sam zostać tenisistą i odegrać się za jej gorzkie łzy na pewnym Węgrze, będącym ich (na szczęście jedynie zawodową) przyczyną, dzięki czemu „serduszko mu się powiększało”, by osiągnąć wreszcie największe rozmiary, tyle że z czasem odkrył, iż „miał wielkie sportowe serce, lecz nie mogło już ono niczego zdobywać”. Czy tę, w której słychać echa wojny (tak mocno wybrzmiałej w słynnym zbiorze opowiadań Pavla „Śmierć pięknych saren”), gdzie turystyczna wspinaczka pary i Czechów, i Niemców zaczyna niebezpiecznie przypominać walkę na śmierć i życie (niedoszłego) kata i (niedoszłej) ofiary. Czy wreszcie tę, która jest jedną z moich ulubionych opowieści, czyli historię o pewnym znanym piłkarzu, który „najpierw wykopał sobie sławę, potem pieniądze, potem żonę”, a potem wykopali jego samego i teraz musi się pogodzić z tym, że „jeśli w życiu wygra się jakiś mecz, to trzeba za niego zapłacić”. Bo czy to tak naprawdę o sporcie? Przecież stąd tylko krok do spostrzeżenia Elfride Jelinek, że „za darmo jest tylko śmierć, a i ona kosztuje życie”. Tyle tylko, że Jelinek brzmi śmiertelnie poważnie, a u autora „Pucharu od Pana Boga” nawet śmierć wydaje się oswojona i zawsze przegrywa z życiem. Przynajmniej literacko.

Uwielbiam styl Pavla. Każdy, kto czytał jego najbardziej znany zbiór opowiadań, czyli „Śmierć pięknych saren”, wie, że to autor, który ma niezwykły talent do tworzenia osobliwego, urokliwego mikroświata, a język, za pomocą którego go buduje, jest urzekający w swojej prostocie, a jednocześnie nieskażony pretensjonalnością. I ten właśnie unikatowy styl zostaje idealnie oddany w tym przekładzie. „Puchar od Pana Boga” to tylko pozornie miniaturki o sportowcach, którym wyszło albo i nie. Tak naprawdę każda sportowa historia z tego zbioru to metafora życia zamknięta w subtelnej, żartobliwej powiastce balansującej na granicy realizmu i baśniowości. I w tym sensie ma proza Pavla coś z pisarstwa Brunona Schulza; otwiera w naszej głowie drzwi do zupełnie innego wymiaru. Do tego autor „Pucharu od Pana Boga” posiada niezwykły dar chwytania, zaklinania w słowa, a wreszcie uwalniania emocji, będąc równocześnie dalekim od ckliwości. A to, w jaki sposób opisuje sportowe zmagania, to literacki majstersztyk. Nawet dla takiego ignoranta sportowego jak ja.
Sport to zdrowie? Nie, sport to życie – wydaje się mówić Pavel. Opowiadania ze zbioru „Puchar od Pana Boga” skruszą nawet najtwardsze niesportowe serce. Nie macie serca do sportu? Nie szkodzi. Ota Pavel i tak znajdzie do niego drogę.
AUTOR:OTA PAVEL
PRZEKŁAD:MIROSŁAW ŚMIGIELSKI
TYTUŁ: PUCHAR OD PANA BOGA
WYDAWNICTWO:STARA SZKOŁA
ROK WYDANIA: 2017

Recenzja dla SZUFLADA.NET


Ewangelia według Pavla Lubię sport. Pod warunkiem, że go nie uprawiam i nie oglądam. I nawet Ota Pavel mnie do niego nie przekona. Tyle że w...

02:49

OTA PAVEL, PUCHAR OD PANA BOGA
0
Co wzbudza strach w autorze „Strachu”?
Strach jest zdrowy. Oczywiście jeśli występuje z umiarem. Dlatego regularnie go sobie dawkuję. Każdy z moich horrorów skupia się na jakiejś jednej fobii. Na przykład w Ciemności (Tma) na lęku przed ciemnością, w Szczelinie (Trhlina) na strachu przed zabłądzeniem i zgubieniem się, a w Strachu na dziecięcych lękach i strachu przed życiem jako takim. W przyszłym roku ukaże się powieść, której akcja toczy się w Wysokich Tatrach i dotyczy strachu związanego z wysokością. Wszystkie te lęki znam osobiście.

„Strach” padł także na polskich czytelników. A jest to pierwszy kontakt Pańskich północnych sąsiadów z Pana twórczością. Polscy czytelnicy prześcigają się w spostrzeżeniach i licytują się między sobą, kto mógł mieć na Pana największy wpływ podczas pisania „Strachu”. Mówi się o inspiracji m.in. „Tym” Stephena Kinga, „Terrorem” Dana Simmonsa czy „Królem w żółci” Roberta W. Chambersa. Czy są to uzasadnione tropy?

Tak. W przypadku Strachu największą inspiracją byli dla mnie wspominani: Simmons, Michelle Paver i azjatycka szkoła horroru, zwłaszcza Koji Suzuki. Ogromnie inspirują mnie także Kafka i Gustav Meyrink.

Nie ma Pan nic przeciwko tym porównaniom? Czy wręcz przeciwnie – włos się Panu jeży na głowie, kiedy słyszy Pan o sobie: „słowacki King”?

Bardzo szanuję Stephena Kinga i oczywiście czerpię z jego twórczości; czytam go od dzieciństwa, czy raczej od wczesnej młodości. Później, kiedy zacząłem pisać, stopniowo odnajdywałem inspirację także u innych autorów. Schlebia mi to porównanie, ale myślę, że nie jest w stu procentach trafne.

Mimo licznych porównań do Kinga „Strach” jest bardzo europejski, a nawet… środkowoeuropejski. Także groza – mimo że budowana na uniwersalnym pojęciu strachu – wydaje się polskiemu czytelnikowi bliższa i bardziej swojska. Czy czuje się Pan prekursorem nowego gatunku, jakim jest thriller/horror z Europy Środkowej?

Taka opinia pojawiła się w także w recenzjach czeskich przekładów moich powieści. To normalne, że autor umieszcza akcję swoich utworów w przestrzeni i rzeczywistości, którą zna najlepiej. Poza tym wszystkie kraje postkomunistyczne są, i to dosłownie, wylęgarnią strachu i różnych lęków. Sprzyja temu zarówno nasza sytuacja, jak i położenie geograficzne. W przypadku małych krajów środkowoeuropejskich, takich jak np. Słowacja, znaczenie ma także ich wielkość. Ta studnia inspiracji nie ma dna. Jeśli moje środkowoeuropejskie horrory stanowiłyby zalążek szerszego trendu, oczywiście cieszyłbym się z tego. Kraje Europy Środkowej zasługują na swój własny głos w świecie literackiego horroru.

Wrócił Pan – podobnie jak Jożo, bohater „Strachu” – do Rużomberka, osadzając akcję powieści w Pana rodzinnym mieście. Czym był dla Pana ten powrót? I jak zareagowała na to społeczność Rużomberka?

Nigdy tak naprawdę nie opuściłem Rużomberka, chociaż mieszkam obecnie i w Bratysławie, i w Pradze. Mam do tego miasta bardzo ambiwalentny stosunek. Z jednej strony kocham je, a z drugiej myślę, że to zdecydowanie złe i mroczne miejsce. Zawarliśmy swego rodzaju pakt – Rużomberok daje mi silną inspirację, a ja płacę za nią więzią, o której wiem, że nigdy nie będę w stanie jej zerwać; to miasto zżera mnie stopniowo, tak jak wszystkich swoich mieszkańców, którzy jeszcze z niego nie uciekli.

Na ile czerpie Pan z otaczającej rzeczywistości, a na ile z literatury czy filozofii? Co jest dla Pana impulsem do napisania powieści tak wieloznacznej i z takim ładunkiem grozy? I co nim było w przypadku „Strachu”?

Ostateczne dzieło to żywa, prawie organiczna tkanka, na którą składają się: przeżycia autora, odczucia, doświadczenia, rozczarowania, przemyślenia, filozofia i cała reszta. Nie potrafię jednak określić, w jakim dokładnie stosunku one występują. Wszystkiego jest po trochę. Utwór niesie w sobie najwięcej życia wówczas, gdy „obgryzie autora do kości”. Największą inspiracją, oprócz osobistych doświadczeń, jest dla mnie sytuacja i atmosfera, w jakiej kraje postkomunistyczne znalazły się po 1989 roku. Okres ten niósł ze sobą wiele korzyści i wolności, ale także sporo nowych lęków i obaw. To również wyjaśnia, dlaczego horrory mają się tu tak dobrze – społeczeństwa postkomunistyczne zdecydowanie ich potrzebują. W innym razie swoją potrzebę odczuwania strachu zaczną realizować w polityce, co nie byłoby dobrym rozwiązaniem.

Widać, że ciemna (nie tylko w znaczeniu: zła, ale także nieodkryta i nieprzewidywalna) strona ludzkiej natury bardzo Pana fascynuje; w „Strachu” człowiek stara się uciec od swoich prawdziwych demonów, kreując fantazyjne, baśniowe potwory. Skąd bierze się ta fascynacja?

Moją misją, jako autora, jest odkrywanie drugiej strony medalu. We wszystkim: w ludziach, w społeczeństwie, w uczuciach, w myśleniu… Sądzę, że ma to także związek ze szczeliną, którą dla mojego pokolenia stanowił rok 1989 i ogromna zmiana społeczna, jaka wówczas zaszła. Takie doświadczenia jak: brak kontynuacji, próżnia, pustka, która nastała, kiedy stary porządek upadł, przestał istnieć, a nowy jeszcze nie powstał, naznaczają młodego człowieka na całe życie.

Swoboda interpretacyjna, jaką daje Pan czytelnikowi „Strachu”, jest bardzo duża. Pozwala Pan mu nawet na wybranie sobie gatunku, do którego może zaliczyć Pańską powieść (mimo że książka oficjalnie określana jest thrillerem). To celowy zabieg? Zawsze Pan pozwala czytelnikowi na tak wiele?

Tworzę w kilku gatunkach. Powieści Strach, Ciemność i Szczelina są w pewien sposób eksperymentalne i pozwalają czytelnikowi na znacznie szerszą interpretację niż moje obszerne powieści obyczajowe.

Dla mnie osiągnął Pan w „Strachu” maksimum punktów w skali Theroina, która jest moją osobistą skalą napięcia i grozy w powieści, a pochodzi od nazwiska ulubionego autora thrillerów – szwedzkiego pisarza Johana Theorina. Kto jest Pańskim mistrzem grozy?

Jest ich kilku, na przykład Koji Suzuki albo Gustav Meyrink. Ale uwielbiam też opowiadania Stefana Grabińskiego. Według mnie to wielki pisarz, który jeszcze nie został odpowiednio doceniony.

Widziałby Pan „Strach” na dużym albo małym ekranie? Bo ja tak.

Tak. Akurat wczoraj wróciłem z planu telewizyjnego miniserialu kręconego na podstawie mojej powieści Szczelina. To horror, który opowiada o jednej z największych zagadek na Słowacji – niewyjaśnionych zaginięciach ludzi zamieszkujących pasmo górskie Trybecz. Dla mnie, autora, było to bardzo ciekawe doświadczenie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że adaptacja będzie udana. Jesienią w Wysokich Tatrach kręcono także krótkometrażowy film na podstawie mojego opowiadania Wycieczka (Výlet). Dla autora to dość surrealistyczne doświadczenie; coś, co do tej pory istniało jedynie w jego wyobraźni, nagle odgrywa się na jego oczach.

Seryjni mordercy dzielą się na zorganizowanych i niezorganizowanych. Podobnie jest z pisarzami. Jedni nie siadają do pisania, zanim nie mają rozpisanej każdej sceny. Inni improwizują, często nie znając nawet zakończenia powieści. Do jakiego typu pisarzy Pan się zalicza? Zawsze Pan wie, jak skończy się Pańska książka?

Interesujące porównanie (śmiech). Jak już wspominałem, tworzę w różnych gatunkach i w ich ramach korzystam z różnych metod. Obszerne powieści obyczajowe, takie jak Czarna gra (Čierna hra) czy Czarny rok (Čierny rok), powstały w sposób przemyślany i zorganizowany. Inne jednak, jak na przykład Strach, Ciemność czy Szczelina, często powstają zupełnie spontanicznie i impulsywnie. Czasem bodźcem jest tylko jeden obraz, odczucie albo przeżycie, które rozwijam już bezpośrednio podczas pisania.

Jak długo zamierza nas Pan jeszcze – i skutecznie – straszyć? Sięgnie Pan po inny gatunek czy zawsze mamy mieć pewność, widząc na okładce Pańskie nazwisko, że będziemy się bać?

Do tej pory napisałem szesnaście książek, z czego dziesięć to powieści. Horrory stanowią, przynajmniej na razie, mniejszość. Piszę głównie duże powieści kryminalno-obyczajowe o latach dziewięćdziesiątych. To mroczne historie, wszystkie zawierają także elementy charakterystyczne dla horrorów, ale nie są to typowe horrory. Ostatnia książka, Czarny rok, która ukazała się niedawno, to pod względem objętości najgrubsza słowacka książka ostatnich pięćdziesięciu lat.  Oprócz tego piszę powieści historyczne, na przykład Na śmierć (Na smrť), która toczy się w latach trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku. Opowiada o dwójce nierozłącznych przyjaciół, z których jeden zostaje żydowskim gangsterem, a drugi w tym czasie – fanatycznym oficerem SS. Po latach spotykają się w nazistowskim obozie koncentracyjnym, tym razem po przeciwnych stronach barykady. Były żydowski gangster stara się ratować bliźnich, a oficer SS odpowiada za ich eksterminację.

Za pomoc przy tłumaczeniu dziękuję Joannie Betlej.

Rozmowa dla Szuflada.net


Co wzbudza strach w autorze „Strachu”? Strach jest zdrowy. Oczywiście jeśli występuje z umiarem. Dlatego regularnie go sobie dawkuję. Każdy ...

15:02

STRACH DAWKUJĘ SOBIE REGULARNIE - rozmowa z Jozefem Kariką, autorem "Strachu"
0


Nie żałuje Pan, że nie został gwiazdą rocka? To chyba bardziej cool niż bycie pisarzem, prawda? Nikt przecież nie wiesza sobie plakatów pisarza nad łóżkiem, a dziewczyny nie rzucają na jego widok stanikami…

Podobnie jak narrator „Uczniów Cobaina” chciałem zostać gwiazdą rocka. Kto by nie chciał? Ale ostatecznie zwyciężyła literatura. Brakowało mi talentu muzycznego. Nie twierdzę, że w pisaniu mi go nie brakuje, ale mam nadzieję, że mimo wszystko jestem lepszym pisarzem niż muzykiem. W branży muzycznej mógłbym co najwyżej nosić głośniki. Nie sądzę, żeby nikt nie powiesił sobie plakatu pisarza nad łóżkiem, jeśli ten pisarz wyglądałby na przykład jak Kurt Cobain, ale rzeczywiście prawdopodobieństwo jest niewielkie. Zresztą nie wyglądam jak Kurt. Jestem dość nieśmiały i chyba zapadłbym się ze wstydu pod ziemię, jeśli na głowie wylądowałyby mi czyjeś majtki.
Rocznikowo jest Pan – podobnie jak narrator „Uczniów Cobaina” – „dzieckiem Czarnobyla”, czyli należy do pokolenia tych, których dzieciństwo i wczesna młodość przypadała na czas Nirvany, kaset magnetofonowych i… przemian ustrojowych. Co dla Pana oznacza bycie „dzieckiem Czarnobyla”?

Wieczne czekanie, aż odpadną mi ręce, a w ich miejsce wyrosną czułki z przyssawkami.
Z „Uczniów Cobaina” wyłania się trochę inny obraz i Czech, i Czechów, niż ma go statystyczny Polak, któremu ten kraj kojarzy się z głównie z knedlami, Szwejkiem i „Szpitalem na peryferiach”. Przełamał pan wiele stereotypów. I co pan na to?

Przełamałem stereotypy? Nie przyszłoby mi to do głowy. Przede wszystkim jednak nie spodziewałem się, że „Cobainowie” zostaną przetłumaczeni na inny język. Nie mam pojęcia, jak odbierają nas Polacy. Nie wiem nawet, jak odbiera nas reszta świata, jeśli w ogóle jakoś nas odbiera i wie o naszym istnieniu. Tak czy inaczej, książka jest dość uniwersalna, nie ma w niej niczego specyficznego wyłącznie dla Czechów. Według mnie to dobrze, ponieważ nic nie stoi na przeszkodzie przełożenia jej na kolejne języki. Pytanie tylko, czy w innych krajach czytelnicy będą zainteresowani powieścią tego typu. Książek o dorastaniu jest dużo, „Uczniowie Cobaina” nie są pod tym względem tekstem zbyt oryginalnym. Ale też nigdy mi zbytnio nie zależało na oryginalności. Jeśli jakiś temat zainteresuje mnie na tyle, że postanowię go wykorzystać, nie zastanawiam się, czy przede mną ktoś już o tym pisał. W przeciwnym razie nie napisałbym niczego.
Bawi się Pan popkulturą, dzięki czemu powieść może być odczytywana pod niemal każdą szerokością geograficzną jako swoisty manifest pokoleniowy. Czy taki był Pański zamiar?

Nie. Naprawdę nie zakładałem, że książka zostanie wydana za granicą. Pierwotnie miała się ukazać w małym wydawnictwie, a tam raczej nie miałaby szans na przekład. Takie książki napotykają problem ze znalezieniem drogi do czytelnika, a tym bardziej do zagranicznych wydawców. Popkultura zawsze mnie interesowała i flirtuję z nią również w innych tekstach.
„Uczniowie Cobaina” to dla mnie czeski Monty Python, głównie za sprawą dowcipnego, ale i ostrego jak brzytwa języka, spiętrzenia absurdów, a także genialnego zmysłu obserwacyjnego i lapidarności. Powieść, choć „gadana”, nie jest przegadana. To celowy zabieg czy znaki rozpoznawcze Pańskiego stylu?

Skojarzenie z Monty Pythonem nie przyszłoby mi do głowy. Ciekawe… Lubię ich, szczególnie „Żywot Briana”. Kiedy teraz o tym myślę, to tak, z pewnością musieli mieć na mnie jakiś wpływ. Rzeczywiście, „Uczniów Cobaina” dobrze czyta się na żywo, między innymi dzięki temu, że są napisani w ich-formie. Byłem na wielu spotkaniach autorskich, więc było dla mnie ważne, jak tekst zostanie przyjęty przez publiczność. Dlatego czytałem go sobie na głos i często poprawiałem, tak by dobrze brzmiał. Obecnie coraz częściej sięgam po er-formę. Czuję przesyt pierwszoosobową narracją i potrzebuję zmiany. Niemniej nowsze, jeszcze niewydane teksty również czytam sobie na głos. Myślę, że dzięki temu lepiej czuję to, jak tekst płynie. Tempo jest dla mnie istotne.

Czy książka może liczyć na kontynuację? Bo ja na przykład jestem bardzo ciekawa, co tam u dorosłego już „dziecka Czarnobyla”.

Powieści typu „Uczniowie Cobaina 2” z pewnością pisać nie zamierzam, ale na przyszły rok zaplanowana jest książka, która do pewnego stopnia może zostać odebrana jako luźna kontynuacja „Cobainów”. Luźna, ponieważ nigdzie nie jest napisane, że główna para zakochanych z „Cobainów” to mama i tato z przygotowywanej książki, lecz kilka szczegółów może na to wskazywać. Ale czy tak naprawdę jest, czy nie – zdecyduje czytelnik. Książka będzie nosić wymowny tytuł „Ojciec przy porodzie” i jest czymś w rodzaju bajki dla dorosłych. Nie wiem, czy zostanie wydana w Polsce. To raczej pytanie do Starej Szkoły, mojego polskiego wydawcy.
Przez Pana zaczynam kochać czeską literaturę, a do tej pory unikałam jej jak ognia, zwłaszcza po tym, jak katowano mnie czeską klasyką na studiach. Ma Pan coś na swoje usprawiedliwienie?

Nie mam. Ja też czytam głównie zagraniczne książki. Dają mi dużo więcej niż czeskie. Ale oczywiście nie chcę nikogo zniechęcać do czeskich autorów, z pewnością znajdą się tacy, którzy są warci uwagi. Mamy kilka ciekawych książek. Na przykład „Uczniów Cobaina”…
Za pomoc przy tłumaczeniu dziękuję Mirosławowi Śmigielskiemu.

Wywiad dla Szuflada.net






Nie żałuje Pan, że nie został gwiazdą rocka? To chyba bardziej cool niż bycie pisarzem, prawda? Nikt przecież nie wiesza sobie plakatów pisa...

01:33

FLIRTUJĘ Z POPKULTURĄ - rozmowa z Miroslavem Pechem, autorem "Uczniów Cobaina"
0
Dzienniki zakrapiane seksem i cukrem
Tej książki nie polecam następującym osobom: ponurakom, sztywniakom i… będącym na diecie. A także tym, którym wydaje się, że natura stworzyła nastolatki jak Barbie i Kena – od głowy przez miejsca intymne aż po pięty z plastiku. O resztę się nie boję. Reszta pokocha tę książkę bezwarunkowo. Pod warunkiem, że ma choć odrobinę poczucia humoru.

Nick Twisp ma czternaście lat, pryszcze i wielki apetyt, przy czym ten ostatni dotyczy tak słodyczy, jak i seksu. Co poza tym? Nic ciekawego. Nick mieszka w apatycznym Oackland z rozwiedzioną mamą i jej coraz nowszymi (czytaj: młodszymi) partnerami, ma przyjaciela Lewusa (nie, to nie jest jego imię i nie, nie chodzi o to, że jest leworęczny…), którego życie (w każdym jego momencie) to piekło i kilka marzeń. Mianowicie, chciałby zmienić nazwisko na bardziej męskie, opanować sztukę przenoszenia całych akapitów jednym kliknięciem i jak najszybciej stracić cnotę, bo – póki co – nawet nie całował jeszcze kobiety, z którą nie byłby spokrewniony. Z tych trzech nastoletnich pragnień to właśnie ostatnie jest najbardziej niecierpiące zwłoki. Nick liczy na to, że urodzinowa „czternastka przyniesie jakąś poprawę”, bo „na razie jest równie fajnie jak przy zgniataniu jąder w imadle”. Ale ten młodzieniec o nieposkromnionym apetycie na słodycze i seks, który wierzy, że jego „jedyną nadzieją na nawiązanie intymnego kontaktu z kobietą jest zdobycie wielkiej fortuny”, to błyskotliwy i – wbrew pozorom – bardzo dojrzały jak na swój wiek chłopiec. Pasjonat literatury i informatyki, który podejrzewa, że może wyrosnąć na „niespotykanie jurnego pisarza-alkoholika”, ufa, że „świat byłby lepszym miejscem, gdyby wszystkie radiostacje zaczęły nadawać „My One and Only Love” Franka Sinatry przynajmniej przez godzinę więcej” i stanowczo za często używa klawisza funkcyjnego „szukaj”, żałując, że „życie nie ma klawisza F3”. Nick nie jest typowym nastolatkiem, ale jego rozterki są z pewnością bardzo nastoletnie. A że to bardzo ciekawy okres w życiu (i chyba każdy o tym wie), w książce bywa i śmiesznie, i strasznie. Zwłaszcza kiedy głowa toczy nieustanne potyczki z „cynglem pożądania”.

Pierwsza część kultowej trylogii „Youth in Revolt. The Journals of Nick Twisp” amerykańskiego humorysty C. D. Payne’a czekała na polski przekład ponad dwadzieścia lat. W międzyczasie telefony stacjonarne zostały zastąpione komórkami, a komputery IBM – laptopami. Tylko słodycze za bardzo się nie zmieniły. No, i buzujące hormony u nastoletnich chłopców, które każą naszemu pochłaniającemu Dickensa bohaterowi czytać „Davida Copperfleta” i „Wielkie plwociny”. Jak to zwykle w dzienniku bywa, świat oglądamy oczami narratora. A ten przybiera takie kształty, jakie dyktuje mu P.E. (Piorunująca Erekcja) naszego czternastoletniego bohatera. I tak jak Picasso sprowadzał rzeczywistość do figur geometrycznych, tak Nick widzi ją we freudowskich symbolach erotycznych. Nie ma chyba lepszego sposobu na pokazanie jej w całej okazałości niż za pomocą języka. A język, którym napisany jest dziennik Nicka, jest taki, jaki Freud mógł sobie tylko wymarzyć: żywy, soczysty, nasycony wysmakowanymi i bardzo celnymi skojarzeniami, pełen seksualnych podtekstów i smakowitych przejęzyczeń. Dzięki temu potyczki umysłu i ciała znajdują swój pełen wyraz w warstwie lingwistycznej. Nie byłoby jednak ani Nicka Twispa, ani C. D. Peyne’a, gdyby nie fenomenalny przekład Mirosława Śmigielskiego. To niebywała – i nieczęsto spotykana – sztuka przełożyć tak niesforny, naszpikowany idiomami i fantazyjnymi konstrukcjami słowotwórczymi język, a równocześnie – przy jego pomocy – dostosować realia lat dziewięćdziesiątych do współczesności. Jestem pewna, że nawet najbardziej uważnym czytelnikom mogą gdzieś umknąć jeansowe dzwony czy kasety magnetofonowe, bo tak bardzo postrzegamy historię Nicka jako dziejącą się w XXI w. Sprawić, żeby dziennik chłopca spisywany ponad dwadzieścia lat temu nie trącił myszką… Chapeau bas!

Ale myli się ten, kto myśli, że dziennik czternastoletniego Nicka zdominowała erekcyjno-ejakulacyjna perspektywa. Absurdalny humor w połączeniu z genialnym zmysłem obserwacyjnym Payne’a tworzy swoistą satyrę na amerykańskie społeczeństwo, a może nawet na każde po trosze społeczeństwo, w którym przychodzi dojrzewać nastolatkom. U Payne’a dostaje się wszystkim: egoistycznym rodzicom, niegrzeszących intelektem partnerom rozwiedzionych rodzicieli, pastorom o skłonnościach do pederastii, bigotom z rozkładem Armageddonu w ręku, wrednym starszym siostrom, przemądrzałym pannicom rozkochanym w literaturze francuskiej, a nawet brzydkim psom. No, i oczywiście, samemu Nickowi. Na szczęście nie od autora, bo ten patrzy na niego życzliwym okiem i nie każe trzymać rączek na kołderce, smaga za to biczem satyry tych, którzy zamieniają i tak bolesny okres w życiu naszego bohatera w piekło na ziemi.

Wszystkim, którzy chcą umrzeć szczęśliwi, polecam pierwszą część dzienników Nicka Twispa. Przeżyjecie małą śmierć. Ze śmiechu, rzecz jasna. Ja jej zakosztowałam, ale nie umarłam, dzięki czemu mogę pisać tę recenzję i czekać na kolejne części „Buntowniczej młodości”. Mam nadzieję, że pojawią się „punktualnie niczym poranna erekcja”.

Jest tylko jeden minus… Czytając te książkę, nie będziecie się mogli opędzić od zdrożnych myśli na temat dwóch „brzydkich” rzeczy na „s”: słodyczy i seksu. Chociaż z drugiej strony… Czy to faktycznie taki minus?

„Dziękuśka”, panie Payne. No, i panie Śmigielski.

AUTOR: C.D. PAYNE
TYTUŁ:BUNTOWNICZA MŁODOŚĆ. DZIENNIK NICKA TWISPA
PRZEKŁAD: MIROSŁAW ŚMIGIELSKI
WYDAWNICTWO: STARA SZKOŁA
ROK WYDANIA: 2017


Dzienniki zakrapiane seksem i cukrem Tej książki nie polecam następującym osobom: ponurakom, sztywniakom i… będącym na diecie. A także tym, ...

13:32

C.D. PAYNE, BUNTOWNICZA MŁODOŚĆ. DZIENNIK NICKA TWISPA
0
Raz, dwa, trzy – giniesz ty!


Zapomnijcie o skandynawskich kryminałach, amerykańskich thrillerach, nawet o samym Stephenie Kingu. Słowacki „Strach” mrozi krew w żyłach bardziej niż zima stulecia. Będziecie się bać i… prosić o więcej. Bo powieść Jozefa Kariki jest tak dobra, że aż strach.

Tę recenzję czytacie na własną odpowiedzialność. Podobnie jak książkę, której jest poświęcona. Kto się boi, niech nie czyta. Tego natomiast, kto się odważy po nią sięgnąć, mogę zapewnić, że po lekturze „Strachu” Jozefa Kariki będzie spać przy włączonym świetle, bo opowieść obudzi w nim demony, które nie pozwolą rozumowi zasnąć. Obiecujące, prawda?

Trzydziestokilkuletni Jożo Karsky wraca do rodzinnego Rużomberka. Właśnie stracił pracę, rozstał się z dziewczyną, z którą był przez wiele lat, i nie ma pomysłu, co dalej. Co prawda, w mieście nikt na niego nie czeka, ale powiedzieć, że nie czeka nic, byłoby kłamstwem. Jożo zastaje puste, przesiąknięte zapachem cebuli mieszkanie po rodzicach, najsroższą od dziesięcioleci zimę i mroczne wspomnienia z dzieciństwa, które w rodzinnym domu powracają ze zdwojoną siłą. Na dodatek jego przyjazd zbiega się z dziwnymi wydarzeniami w Rużomberku. Kiedy pierwsze dziecko zostaje uznane za zaginione, Jożo już wie, że to dopiero początek. Bo gdy temperatura spada, strach przybiera na sile. Wielkimi krokami zbliża się tajemnicze COŚ, które wydaje się dziwnie znajome. Jożo wraz ze swoją pierwszą miłością Haną oraz kolegami z dzieciństwa – Otą i Bohuszem będą musieli stawić czoła mrocznemu CZEMUŚ, które już raz ich dopadło, zabrało mu siostrę, a teraz powróciło i wszystko wskazuje na to, że nie spocznie, póki ich wszystkich nie przestraszy. Tym razem na śmierć.

Brzmi znajomo? Trochę tak, ale porównanie książki Kariki do powieści „To” Stephena Kinga byłoby zbytnim uproszczeniem, bo „Strach” kryje w sobie o wiele więcej warstw znaczeniowych, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. Jeśli myślicie, że głównym bohaterem tej książki jest Jożo, to się mylicie. Jest nim strach. To on towarzyszy nam od pierwszej strony i sprawia, że po ostatniej zostajemy na długo z otwartymi ustami. Bo autor po mistrzowsku operuje grozą. U Kariki przeraża dosłownie wszystko, nawet przedmioty codziennego użytku, o których nigdy byście nie pomyśleli, że mogą być groźne. Strach czai się wszędzie. Będzie powoli wchodził pod skórę, aż przeniknie do szpiku kości. A potem zostawi was zamarłych z szeroko otwartymi oczami. I w tym miejscu daję „Strachowi” 10/10 w skali Theorina*. Nie mogę więcej, bo to maksimum.

Strach, który serwuje nam Karika, jest jak narkotyk; budzi lęk, ale kusi, omamia, a w końcu uzależnia. Boimy się, jednak przewracamy kolejne strony. Aż po ostatnią, śmiertelną dawkę strachu, którą autor będzie chciał poczęstować swoich bohaterów. Czy my także zdecydujemy się ją przyjąć? Wszystko zależy od tego, jak postanowimy odczytać powieść Kariki. Bo „Strach” najmniej ma w sobie z Kinga, a najwięcej z Kafki, Freuda i egzystencjalistów francuskich: Sartre’a czy Heideggera. Nazwanie „Strachu” thrillerem albo horrorem to tylko ślizganie się po powierzchni znaczeń tej powieści. A ta jest kafkowską matnią, w której zdezorientowani i przerażeni bohaterowie plączą się i giną jak w pajęczej sieci. Jest freudowską psychoanalizą, która sięga do najciemniejszych zakamarków jaźni i penetruje najgłębsze pokłady podświadomości. Jest wreszcie parabolą, skupiającą jak w soczewce to wszystko, co przerażało egzystencjalistów. Bo tym, co łączy kafkowską, freudowską i heideggerowską filozofię, jest powoływanie się na tajemnicze COŚ, co niepokoi i przed czym nie da się uciec. Może to być kafkowska trwoga przed zagubieniem i samotnością, heideggerowski lęk przed śmiercią, która z pewnością kiedyś nastąpi, ale jeszcze nie teraz, albo freudowska obawa przed głębinami podświadomości, niedającymi się ani przemierzyć, ani tym bardziej w pełni poznać. A i to pewnie nie wyczerpuje wszystkiego, co kryje w sobie powieść Kariki, bo „Strach” to powieść wieloznaczna, pozwalająca na mnogość interpretacji. Chcecie zobaczyć w niej horror czy thriller? Proszę bardzo. Powieść egzystencjalną? Śmiało! A może filozoficzną? Nie widzę przeszkód. Karika daje możliwość dostrzeżenia w niej, co tylko chcecie. Bo siłą „Strachu” jest to, że nie opiera się na jakiejś abstrakcyjnej trwodze, ale na twoim, czytelniku, lęku. Tajemnicze COŚ jest tym, co ty sam uznasz za strach. A właściwie – jak go sobie wyobrażasz. I to od ciebie zależy, czy stawisz mu czoło jak Jożo, czy odłożysz książkę i uciekniesz.

Mnie powieść porwała tak, jak tajemnicze COŚ porwało w niej dzieci. I nie, nie ulżyło mi, że to tylko fikcja. Bo fikcją ta książka na pewno dla mnie nie jest. Najadłam się „Strachu”. Był smaczny. Strasznie. 

AUTOR: JOZEF KARIKA
TYTUŁ: STRACH
PRZEKŁAD: JOANNA BETLEJ
WYDAWNICTWO: STARA SZKOŁA
ROK WYDANIA: 2017

* „Efekt Theorina”/„Skala Theorina” – stworzony na mój własny użytek termin, pochodzący od nazwiska ulubionego autora thrillerów. Oznacza on zabieg polegający na tym, że autor tak myli tropy i manipuluje napięciem, że czytelnik już nie wie, czy to, co się dzieje w książce, dzieje się naprawdę, czy tylko w głowie bohaterów, a może w głowie jego samego. Zgodnie z powyższą definicją, dziesięciostopniowa skala Theorina odpowiada skali napięcia i grozy w powieści.

 Recenzja dla Szuflada.net






Raz, dwa, trzy – giniesz ty! Zapomnijcie o skandynawskich kryminałach, amerykańskich thrillerach, nawet o samym Stephenie Kingu. Słowacki „S...

12:00

JOZEF KARIKA, STRACH
0
Previous PostStarsze posty Strona główna

Labels

Popular Posts

  • IRIT AMIEL, ŻYCIE. TYTUŁ TYMCZASOWY
    Życie. Do trzech razy sztuka Najplastyczniejszym opisem chleba jest opis głodu  – pisał Tadeusz Różewicz. Po przeczytaniu książki  Irit Amie...
  • MARIE BENEDICT, PANI EINSTEIN
    Einstein był(a) kobietą Kopernik – mimo tego, co usłyszeliśmy w „Seksmisji” – nie był kobietą. A Einstein? Marie Benedict twierdzi, że tak....
  • S. K. TREMAYNE, BLIŹNIĘTA Z LODU
    Strach ma wielkie oczekiwania Niełatwo mnie przestraszyć. Ostatnim autorem, któremu się to naprawdę udało, był Johan Theorin, którego „Nocna...
  • MAGDALENA KNEDLER, DZIEWCZYNA Z DALEKA
    Kobieta na zakręcie historii Gdybym jakimś cudem znów znalazła się w szkole średniej, a Magdalena Knedler była moją nauczycielką historii, b...
  • MICHAL VIEWEGH, EKOŻONA, EKOMĄŻ
    Komedia małżeńska, czyli Adama i Ewy kłopoty w raju Co się wydarzy, kiedy Sinobrody spotka na swojej drodze Kopciuszka? Morderstwo?  Nie, ma...
  • C.D. PAYNE, BUNTOWNICZA MŁODOŚĆ. DZIENNIK NICKA TWISPA
    Dzienniki zakrapiane seksem i cukrem Tej książki nie polecam następującym osobom: ponurakom, sztywniakom i… będącym na diecie. A także tym, ...
  • STRACH DAWKUJĘ SOBIE REGULARNIE - rozmowa z Jozefem Kariką, autorem "Strachu"
    Co wzbudza strach w autorze „Strachu”? Strach jest zdrowy. Oczywiście jeśli występuje z umiarem. Dlatego regularnie go sobie dawkuję. Każdy ...
  • JOZEF KARIKA, STRACH
    Raz, dwa, trzy – giniesz ty! Zapomnijcie o skandynawskich kryminałach, amerykańskich thrillerach, nawet o samym Stephenie Kingu. Słowacki „S...
  • FLIRTUJĘ Z POPKULTURĄ - rozmowa z Miroslavem Pechem, autorem "Uczniów Cobaina"
    Nie żałuje Pan, że nie został gwiazdą rocka? To chyba bardziej cool niż bycie pisarzem, prawda? Nikt przecież nie wiesza sobie plakatów pisa...
  • OTA PAVEL, PUCHAR OD PANA BOGA
    Ewangelia według Pavla Lubię sport. Pod warunkiem, że go nie uprawiam i nie oglądam. I nawet Ota Pavel mnie do niego nie przekona. Tyle że w...

Advertisement

O AUTORCE

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Tum mihi Piso: Quid ergo? Tecum optime, deinde etiam cum mediocri amico. Quasi vero, inquit, perpetua oratio rhetorum solum, non etiam philosophorum sit. Etenim semper illud extra est, quod arte comprehenditur. Hoc loco tenere se Triarius non potuit. Ille enim occurrentia nescio...

Czytaj więcej...

Advertisment

FlatBook

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Vestibulum rhoncus vehicula tortor, vel cursus elit. Donec nec nisl felis. Pellentesque ultrices sem sit amet eros interdum, id elementum nisi ermentum.Vestibulum rhoncus vehicula tortor, vel cursus elit. Donec nec nisl felis. Pellentesque ultrices sem sit amet eros interdum, id elementum nisi fermentum.


soratemplate@gmail.com

Advertisement

Projekt i realizacja: Szymon Konkol dla Kariny Bonowicz

Follow Us


  • Home
  • Features
  • _Multi Dropdown
  • __Dropdown 1
  • __Dropdown 2
  • _ShortCodes
  • _SiteMap
  • _Error Page
  • Documentation
  • Download This Template

Label

Recent

Contact Us

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Social Counter

  • facebook count=3.5k;
    Followers
  • twitter count=1.7k;
    Followers
  • gplus count=735;
    Followers
  • youtube count=2.8k;
    Followers
  • pinterest count=524;
    Followers
  • dribbble count=7.3m;
    Followers
  • instagram count=849;
    Followers
  • rss count=286;
    Followers
Home Ads

Welcome To SoraBook

You can use this area to describe the Books and your blog. . This responsive template is ideal for posting many types of digital products such as e-books, audio CDs, DVDs, paintings, photographs or any form of digital art or products.

Designed By: Templatezy | Distributed By Gooyaabi Templates